Skip to content

„Krew i stal” oczami Mariusza „Orła” Wojteczka

Zapraszam do przeczytania przedpremierowej recenzji „Krwi i stali”, której autorem jest Mariusz „Orzeł” Wojteczek. http://www.rzeczgustu.com.pl/recenzje/ksiazki/kraina-martwej-ziemi-tom-1

Odradzane dla: Fanów komiksów
Data recenzji: 8 LUT 2016

Wydawać by się mogło, że fantasy na świecie kończy się na Tolkienie, a wszyscy inni autorzy kopiują jego pomysły czy w mniej lub bardziej zawoalowany sposób próbują korespondować z tolkienowską konwencją. W Polsce mamy jeszcze gorzej, bo u nas zakres standardu dobrej fantasy nakreślił definitywnie Sapkowski swoim Wiedźminem. I możnaby pomyśleć, że nic dobrego  na tym poletku naszym nie może obrodzić. Jednak Jacek Łukawski zaskakuje swoim debiutem – będącym początkiem serii (a jakże!). Panie i panowie, oto pierwszy tom Krew i Stal z cyklu Kraina Martwej Ziemi.
Przyznam, że o Łukawskim nie słyszałem nigdy. To autor, który nie zasypywał rodzimej prasy i portali masą średniej oryginalności opowiadań. Owszem, co nieco opublikował, kilka historii trafiło do antologii Gawędy motocyklowe, ale w większości były to teksty w magazynach motocyklowych. Nie był mocno obecny w fandomie (jako twórca), a jego nazwisko – do teraz zapewne – niewiele mówi ludziom w środowisku czy czytelnikom polskiej fantastyki. Dlatego do powieści, będącej przecież pierwszym tomem trylogii (bo przecież fantasy nie da się pisać inaczej, jak w formie wieloksięgu, z limitem minimum 3 tomów), podchodziłem ostrożnie, jak – parafrazując popularnie przysłowie – pies do jeża. Bo fantasy w Polsce? Znów zapomniane księstwa, znów tajemna magia i samotni bohaterowie, twardzi acz uczciwi. Samotne wilki doświadczone przez życie, które zresztą oddali w całości królewskiej służbie, nie prosząc o wydanie reszty i wyprawy do zapomnianych krain, które kryć mogą niezrównane cuda i jeszcze większe zło? Przecież to już było, przecież poza Tolkienem i Sapkowskim rzadko kiedy ktoś jest zdolny wykrzesać z fantasy coś ciekawego, oryginalnego tak, by nie powielać schematów i  nie ogrywać utartych do bólu konwencji. 

 

I Łukawski nic innego nie robi. Szczerze – Krew i stal to pokłosie wszystkiego, na czym zbudowano klasyczną fantasy. Zwyczajowa powieść drogi, w stylu „tam i z powrotem”, wzbogacona o postać bedącą skrzyżowaniem naszego przaśnego Geralta z howardowskim Conanem. Wyprawa do krain poza wspominaną w tytule trylogii Martwą Ziemią kończy się – no bo jak inaczej? – kłopotami naszego bohatera i jego dzielnych kompanów. Misja ratunkowa wcześniejszej wyprawy przemienia się w nieco chaotyczną misję ratunkową dla własnych, bohaterskich tyłków, która z kolei opiera się na próbie powrotu do punktu wyjścia. Oczywiście w imię ratowania królestwa – bo nasi dzielni wojacy o swej powinności w najgłębszej czarnej d…e nie zapominają. Brzmi tendencyjnie? Może i tak, ale niech to was nie zrazi. Bowiem Łukawski świetnie ogrywa znane tematy, nadając im ciekawy sznyt. Nie przynudza, a bawi się tym, co w fantasy najlepsze. Owszem – książka nie tchnie oryginalnością. Ale autor nie zamierzał wywracać do góry nogami utartych schematów, ale postanowił śmiało powędrować znanymi ścieżkami, rozdając kuksańce na prawo i lewo tym, którzy szli tędy wcześniej. Bezlitośnie kpi (lub flirtuje – jak kto woli) z takich dzieł, jak wspominany Wiedźmin, z którego zresztą Łukawski czerpie bardzo wiele w kreacji swojego głównego bohatera. Jednak trudno nie znaleźć jakichś konotacji, trudno nie dostrzegać podobieństw. Sapkowski swym epokowym dziełem wyznaczył oś podobną do tolkienowskiej w ogólnoświatowej literaturze. Pisząc fantasy w Polsce trzeba się z wiedźmińskim mitem zmierzyć, chcąc nie chcąc. A Łukawsi akurat mierzy się otwarcie, z dużą dozą ironii i z tego zestawienia wychodzi zwycięsko. Nie kalkuje w sposób nieudolny wspominanych motywów, ale przysposabia je na swoją miarę, dopasowuje do własnej, autorskiej wizji świata wykreowanego.
Zaskakuje bardzo pozytywnie sprawny język i umiejętne operowanie słowem. To nie są tylko poprawnie gramatycznie złożone zdania. To pewien wyczuwalny, subtelny rytm powieści, który wykreować potrafi tylko autor z wyższej półki. Owszem, to powieść bardzo tendencyjna, na wskroś popkulturowa. Nie przemyca ważkich treści, nie moralizuje w zawoalowany sposób o prawdach żądzących światem. To rozrywka, ale z tej puli najlepszej, najrzadszej jednocześnie, kiedy proza nie ociera się o kicz i nie karykaturuje siebie samej.
W warstwie dialogowej dużo jest stylizacji na dawną gwarę, rodem ze średniowiecza. Brzmi to nieźle, choć nie wszystkim może przypaść do gustu. Po opisie wydawcy (krakowskie Sine Qua Non) spodziewałem się więcej słowiańszczyzny w treści, ale mimo tego braku – względem zapowiedzi – nie mogę narzekać. I choć zakończenie jest nieco przewidywalne (w pierwszym tomie przynajmniej), to jednak w zgrabny sposób dopina poboczne wątki, jednocześnie ciekawie kreując podwaliny kolejnych części, osnutych na głównej, osiowej tajemnicy.  
Elementów grozy mamy tutaj sporo. Na tyle, by śmiało można było przyporządkować Krew i stal do podgatunku dark fantasy. Ale czy koniecznie trzeba? Nie dość powiedzieć, że to świetna książka, dająca nadzieję, że polskie fantasy się na Sapkowskim nie skończyło? I wiem, zdaję sobie sprawę, że Arthorn nie stanie się kolejnym Geraltem. Jednak ani jego twórca, ani polska fantastyka nie mają się absolutnie czego wstydzić. SQN? Kiedy tom drugi? Zaostrzyliście mi apetyt…
Polecam!

Mariusz „Orzeł” Wojteczek

 

Published inProfesjonalne