Skip to content

Wywiad rzeka na forum Nowej Fantastyki

Rozmowa z Jackiem Łukawskim, czyli…

Zapraszam Państwa na forum Nowej Fantastyki, gdzie ukazał się obszerny wywiad ze mną w roli głównej. O drodze do debiutu, o kreacji, o rozwoju pisarskim i wielu innych sprawach. Uprzedzam, że rozmowa jest długa i nie do końca poważna 😉

http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842691

lub

Rozmowa z Jackiem Łukawskim, czyli opowieść o człowieku, który miał pomysł

Jacek Łu­kaw­ski

rocznik 1980. Syn Ziemi Świę­to­krzyskiej. Tej ze sta­ro­żyt­ną Wi­śli­cą i Łysą Górą. Miesz­ka u stóp zamku chęcińskie­go. Nie dzi­wo­ta, że prze­ma­wia do niego hi­sto­ria i magia. Od mło­do­ści szy­ko­wał się do cze­goś wiel­kie­go. Hartował ciało ćwiczenia­mi, wpra­wiał się w ro­bie­niu mie­czem, zgłębiał taj­ni­ki cza­rne­go pro­chu. Ujeż­dżał ru­ma­ki, sta­lo­we i te go­rą­co­kr­wi­ste. Nie­spokojny duch. A może opę­ta­ny? Owład­nięty opowie­ścią, która za­lę­gła się w jego umy­śle. Kar­mio­na magią i hi­sto­rią doj­rze­wa­ła, aby w końcu wy­rwać się na wolność. Tak uro­dzi­ła się Krew i Stal. Mó­wi­łem już, że do wiel­kich rze­czy stwo­rzo­ny on?

 

Krzysz­tof Pia­sek: Przede wszyst­kim ser­decz­nie gra­tu­lu­ję Ci zna­ko­mi­te­go de­biu­tu! Tym bar­dziej, że od­nio­słeś suk­ces na polu fan­ta­sy, które wielu uważa za tak wy­eks­plo­ato­wa­ne, że pra­wie nie­moż­no­ścią jest stwo­rze­nie cze­goś, co nie bę­dzie wtór­ne. Udo­wod­ni­łeś jed­nak, że można! Dzię­ku­ję, Ci Jacku, że zgo­dzi­łeś się aby­śmy zaj­rze­li nieco za ku­li­sy. Je­stem prze­ko­na­ny, że wielu użyt­kow­ni­ków forum z za­in­te­re­so­wa­niem prze­czy­ta, jak do­sze­dłeś do tego miej­sca.

 

Jacek Łu­kaw­ski: Dzię­ku­ję Krzysz­to­fie, ale bądź­my po­waż­ni i nie uży­waj­my ta­kich słów! Je­dy­ne co mi się udało, to wydać książ­kę, którą po­dob­no da się prze­czy­tać. Szcze­gól­nie jeśli czy­tel­nik przy­mknie oko na po­tknię­cia de­biu­tan­ta. Poza tym, wła­śnie po­bi­łeś mnie kre­atyw­no­ścią na głowę. Fo­to­mon­taż i wstęp do tej roz­mo­wy roz­ło­ży­ły mnie na ło­pat­ki. Teraz już nie wiem, który z nas po­wi­nien brać sil­niej­sze leki. (śmiech)

 

W jed­nym z wy­wiadów wspo­mnia­łeś, że już w szko­le pi­sa­łeś, ale – jak się sam wy­ra­zi­łeś – na szczęście do szu­fla­dy. Dużo pi­sa­łeś i fak­tycz­nie wy­łącz­nie do szu­fla­dy? I czy to już była fan­ta­sty­ka, czy szer­sze spek­trum te­ma­tów?

 

Zga­dza się. Już w pod­sta­wów­ce za­czą­łem za­peł­niać ze­szy­ty tym, co mi przy­szło do głowy i kon­ty­nu­owa­łem to ba­zgro­le­nie w szko­le śred­niej, ale rzad­ko kiedy coś koń­czy­łem. Mia­łem nawet takie pudło, w któ­rym trzy­ma­łem te po­my­sły z na­dzie­ją, że kie­dyś do nich wrócę. Nigdy nie wra­ca­łem. (śmiech) Ma­rzy­łem o tym, by kie­dyś zo­stać pi­sa­rzem, lecz na szczę­ście do­strze­ga­łem roz­dź­więk mię­dzy tym, co czy­tam, a tym co wy­cho­dzi spod mojej ręki i wo­la­łem się nie wy­chy­lać. Mia­łem zresz­tą wtedy takie fiu bździu w gło­wie, że strach po­my­śleć jak by się to skoń­czy­ło. (śmiech) Do­brze więc, że te kosz­mar­ki tra­fia­ły do szu­fla­dy i tam do­ko­ny­wa­ły swego ży­wo­ta. Te­ma­ty­ka oscy­lo­wa­ła wkoło przy­go­dy i sen­sa­cji z nie­od­łącz­ny­mi ele­men­ta­mi fan­ta­sty­ki.

Jedną z pierw­szych sy­tu­acji, gdy po­sta­no­wi­łem wyjść do ludzi z opo­wia­da­niem była… ma­tu­ra. Temat wolny do­ty­czył bo­ha­te­rów li­te­rac­kich i, o ile do­brze pa­mię­tam, mo­ty­wów ich dzia­łań. Coś mi wtedy strze­li­ło do głowy i na­pi­sa­łem opo­wia­da­nie SF, w któ­rym grupa na­ukow­ców wy­cią­ga­ła tych­że bo­ha­te­rów z kart po­wie­ści po to, by zadać im py­ta­nie za­war­te w te­ma­cie. Nie chcę wie­dzieć jaką minę mieli człon­ko­wie ko­mi­sji, któ­rzy oce­nia­li ten tekst, ale ja­kimś cudem zda­łem. (śmiech)

 

To po­win­no być za­kwa­li­fi­ko­wa­ne, jako praca zbio­ro­wa. (śmiech) Na­praw­dę pi­sa­łeś wy­łącz­nie do szu­fla­dy? Nie mia­łeś żad­ne­go, choć­by oso­bi­ste­go, re­cen­zen­ta? Wy­star­czy­ła sa­mo­kry­ty­ka? I co z kon­kur­sem Ta­len­ty 2000?

 

Chyba jesz­cze pa­mię­tasz, że wtedy były inne czasy? (śmiech) In­ter­net racz­ko­wał i nie dawał ta­kich moż­li­wo­ści jakie daje teraz. Mia­łem dwóch, czy trzech ko­le­gów któ­rzy czy­ta­li od czasu do czasu to, co na­pi­sa­łem, ale to się prze­cież nie liczy. Mo­głem oczy­wi­ście pró­bo­wać swych sił w róż­nych kon­kur­sach, wy­sy­łać tek­sty do cza­so­pism, czy dzia­łać w kół­kach za­in­te­re­so­wań i in­nych mniej lub bar­dziej eg­zo­tycz­nych miej­scach, ale mnie to nie in­te­re­so­wa­ło.

Ta­len­ty 2000 to był przy­pa­dek. Do tego kon­kur­su zo­sta­łem zgło­szo­ny bez swo­jej wie­dzy i po­sta­wio­ny przed fak­tem do­ko­na­nym. Uprze­dza­jąc twoje py­ta­nie, wy­ja­śniam jak do tego do­szło: W szko­le byłem strasz­nym le­se­rem i in­te­re­so­wa­ło mnie wszyst­ko poza nauką. Aby jakoś pod­re­pe­ro­wać zszar­ga­ną opi­nię za­an­ga­żo­wa­łem się w kółko te­atral­ne i ga­zet­kę szkol­ną. Da­wa­łem też ja­kieś tek­sty na kon­kur­si­ki szkol­ne aby pod­nieść sobie śred­nią z pol­skie­go. To był zwy­kły in­te­res, nic wię­cej. (śmiech) Za­in­te­re­so­wał się tym ktoś z grona pe­da­go­gicz­ne­go i pró­bo­wał na­mó­wić mnie na wspo­mnia­ny kon­kurs. Ka­te­go­rycz­nie od­mó­wi­łem i za­po­mnia­łem o te­ma­cie. Jakiś czas póź­niej oka­za­ło się, że nikt nie wziął mo­je­go zda­nia pod uwagę i mam się sta­wić na eli­mi­na­cje. Pa­mię­tam, że idąc tam, bar­dzo po­waż­nie roz­wa­ża­łem, czy nie le­piej sko­czyć do knaj­py na piwo. (śmiech) Osta­tecz­nie zdo­by­łem głów­ną na­gro­dę w swo­jej ka­te­go­rii. Były uści­ski, gra­tu­la­cje, a nawet pro­po­zy­cje wy­da­nia i pa­tro­na­tu z ra­mie­nia ku­ra­to­ra oświa­ty. Nie sko­rzy­sta­łem wtedy z tej szan­sy i wcale nie ża­łu­ję, bo dziś by­ło­by to ko­lej­ne tro­feum w dość dużym pudle błę­dów mło­do­ści. (śmiech)

 

Za­kła­dam, że poza pi­sa­niem sporo czy­ta­łeś. Jak wy­glą­dał dobór lek­tur? Wszy­scy chyba pa­mię­ta­my takie ty­tu­ły, które w la­tach szcze­nię­cych wy­war­ły na nas szcze­gól­ne wra­że­nie. Zdra­dzisz co to było?

 

Moją pierw­szą książ­ką fan­ta­stycz­ną była Księż­nicz­ka Marsa Bur­ro­ugh­sa, a SF Dziew­czy­na z ko­smo­su Pie­choc­kie­go. Potem od­kry­łem Lema i Tol­kie­na. Gdy tra­fi­łem na Hob­bi­ta, chcia­łem prze­czy­tać kilka stron przed snem, a skoń­czy­ło się na nie­prze­spa­nej nocy. (śmiech) Diuna Her­ber­ta wy­war­ła na mnie ogrom­ne wra­że­nie, po­dob­nie jak kre­acja bo­ha­te­ra w Kro­ni­kach To­ma­sa Co­ve­nan­ta Do­nald­so­na. Harry’ego Har­ri­so­na z cy­klem o Sta­lo­wym Szczu­rze i Billu bo­ha­te­rze ga­lak­ty­ki wspo­mi­nam bar­dzo cie­pło. Oczy­wi­ście Sap­kow­ski, Pi­li­piuk. Na­to­miast Prat­chett raz na za­wsze od­mie­nił moje po­strze­ga­nie wszech­świa­ta. Potem na­mięt­nie po­chła­nia­łem wszyst­ko, co mi wpa­dło w ręce. Naj­czę­ściej się­ga­łem po fan­ta­sty­kę, SF, książ­ki hi­sto­rycz­ne i przy­go­do­we. Tak mi zo­sta­ło do dziś. (śmiech)

 

A jeśli już je­ste­śmy przy kształ­to­wa­niu się za­in­te­re­so­wań. Ry­su­nek, gra­fi­ka to rów­nież wcze­sne za­in­te­re­so­wa­nia? Pytam nie bez ko­ze­ry, po­nie­waż z tego co sam mó­wisz wy­ni­ka, że umie­jęt­ność ry­so­wa­nia od­gry­wa cie­ka­wą rolę w Twoim pro­ce­sie twór­czym.

 

Ow­szem, czę­sto się­gam po kart­kę pa­pie­ru, by na­szki­co­wać jakąś scenę, czy po­zy­cję po­sta­ci, ale są to sche­ma­ty, nie gra­fi­ki. W ten spo­sób ła­twiej mi po pro­stu unik­nąć błę­dów. Naj­prost­szym przy­kła­dem uży­tecz­no­ści ta­kie­go szki­cu jest scena, w któ­rej dwóch bo­ha­te­rów wda­ło­by się w sprzecz­kę przy stud­ni. Jeśli za­ło­żę, że stoją po jej prze­ciw­nych stro­nach to, gdy doj­dzie do rę­ko­czy­nów, nie będę mógł na­pi­sać, że jeden ude­rzył dru­gie­go z za­sko­cze­nia. Rzut oka na szkic wy­star­czy by zo­rien­to­wać się, że ata­ku­ją­cy bę­dzie mu­siał pierw obejść prze­szko­dę zanim zada cios, a więc prze­ciw­nik bę­dzie na atak przy­go­to­wa­ny. Może wy­da­wać się to try­wial­ne, ale mnie po­ma­ga.

Nie mogę po­wie­dzieć, że ry­su­nek to część moich za­in­te­re­so­wań, bo dość wcze­śnie stra­ci­łem do niego serce. Sądzę, że sche­ma­ty, jakie two­rzę pod­czas pi­sa­nia, z po­wo­dze­niem mo­gła­by wy­ko­nać śred­nio uta­len­to­wa­na małpa, więc nie jest to nic, czym warto się chwa­lić. (śmiech) Na­to­miast gra­fi­ka kom­pu­te­ro­wa sta­no­wi moje źró­dło utrzy­ma­nia. Nie jest to jed­nak praca ar­ty­stycz­na, a rze­mieśl­ni­cza po­nie­waż je­stem ope­ra­to­rem DTP.

 

Nie mam po­ję­cia z ja­ki­mi mał­pa­mi się za­da­jesz, (śmiech) ale te które znam nie ry­su­ją ta­kich rze­czy jak mapa z KiS. A jeśli do­brze ko­ja­rzę, to jest to Twoje dzie­ło.

 

A, nie, nie, nie mylmy pojęć. Do stwo­rze­nia mapy wy­ko­rzy­sta­łem umie­jęt­no­ści za­wo­do­we, więc małpę trze­ba by chwi­lę szko­lić. (śmiech) W sumie w okład­ce rów­nież ma­cza­łem palce pro­jek­tu­jąc jej front. To wy­szło tro­chę przez przy­pa­dek, bo obie­cy­wa­łem sobie, że nie będę się mie­szał w kwe­stie gra­ficz­ne i w końcu to ja, jako klient, po­ma­ru­dzę na pracę in­nych. (śmiech) Nie­ste­ty skrzy­wie­nie za­wo­do­we wy­gra­ło. W trak­cie roz­wa­żań nad sty­lem okład­ki po­ja­wi­ła się kon­cep­cja, do któ­rej nie byłem prze­ko­na­ny i nie bar­dzo po­tra­fi­łem ją sobie wy­obra­zić. Sia­dłem więc i zro­bi­łem wi­zu­ali­za­cję tego po­my­słu, który teraz, po drob­nych zmia­nach, zdobi okład­kę.

 

Póź­niej były brac­twa hi­sto­rycz­ne, mo­to­cy­kle i wcho­dze­nie w życie do­ro­słe…

 

Brac­twa? Naj­pierw na­le­ża­łem do Związ­ku Strze­lec­kie­go. W tam­tych la­tach dzia­łał w wo­je­wódz­twie dość pręż­nie. Musz­tra, mar­sze kon­dy­cyj­ne, ćwi­cze­nia na woj­sko­wym torze prze­szkód, za­wo­dy w strze­la­niu i mar­szo­bie­gi. Mia­łem kilku zna­jo­mych w brac­twie ry­cer­skim więc, nie­ja­ko siłą rze­czy, za­czą­łem ma­chać mie­czem. Potem po­wsta­ło brac­two ar­ty­le­ryj­skie, gdzie strze­la­li­śmy z armat i musz­kie­tów. Wtedy też za­czą­łem przy­go­dę z mo­to­cy­kla­mi, ta­ki­mi o któ­rych się mó­wi­ło, że to dwa ty­go­dnie grze­ba­nia, dwa dni jeż­dże­nia i dwa mie­sią­ce ża­ło­by pod pa­znok­cia­mi. (śmiech) To były fajne czasy.

 

I gdzieś wów­czas ro­dził się po­mysł na KiS. Ro­zu­miem, że przez lata roz­wi­jał się i okrzepł, ale po­tra­fisz wska­zać jakiś pra­po­czą­tek? Grom z ja­sne­go nieba?

 

Nie pa­mię­tam żad­ne­go gromu. (śmiech) Na­to­miast pa­mię­tam, że mając kil­ka­na­ście lat na­ba­zgra­łem opo­wia­da­nie, jedno z nie­licz­nych, które udało mi się skoń­czyć i które stało się za­ląż­kiem po­my­słu na po­wieść. Teraz się z tego śmie­ję, ale wtedy na­praw­dę wie­rzy­łem, że to jest coś super. Taka kra­ina, smoki, ry­ce­rze, czary… potem prze­czy­ta­łem Tol­kie­na i mina mi zrze­dła. (śmiech) Mimo to po­mysł za­czął żyć swoim ży­ciem, roz­ra­stał się, mo­dy­fi­ko­wał, kusił. Kilka razy pró­bo­wa­łem go nawet ubrać w słowa lecz za­miast po­ry­wa­ją­cej lek­tu­ry wy­cho­dzi­ła mi gra­fo­mań­ska papka. Byłem coraz bar­dziej sfru­stro­wa­ny, aż wresz­cie mach­ną­łem ręką na pi­sa­nie i na to, by zwią­zać z nim swoją przy­szłość. To chyba był klu­czo­wy mo­ment. Ze­szło ze mnie całe ci­śnie­nie i przez kilka lat mia­łem spo­kój.

Mimo to, z fan­ta­sty­ką byłem zwią­za­ny po­przez gry fa­bu­lar­ne, w które gra­li­śmy z przy­ja­ciół­mi, i czy­ta­ne książ­ki. Pew­nie to było po­żyw­ką, która po­zwo­li­ła tej cho­ler­nej po­wie­ści prze­trwać. (śmiech)

 

No do­brze, ale w któ­rymś mo­men­cie zro­bi­łeś krok na przód i Twoje tek­sty, mimo wszyst­ko, wy­chy­nę­ły z szu­flad i pudeł.

 

W 2006 roku za­ło­ży­łem stro­nę in­ter­ne­to­wą. Pier­wot­nie był to zbiór pod­sta­wo­wych da­nych i sche­ma­tów do cze­skich mo­to­cy­kli, a potem za­czą­łem tam pu­bli­ko­wać cie­ka­we ma­te­ria­ły z in­nych stron. Po pew­nym cza­sie po­ja­wi­ło się kilka faj­nych osób, które za­czę­ły przy­sy­łać mi re­la­cje ze zlo­tów, wy­cie­czek, na­praw, a nawet opo­wia­da­nia. Zanim się spo­strze­głem, sam rów­nież coś skrob­ną­łem i wkrót­ce stro­na zmie­ni­ła się w ro­dzaj czy­tel­ni. Do­pin­go­wa­li­śmy się na­wza­jem do pi­sa­nia dzię­ki czemu tek­sty na­bie­ra­ły coraz spraw­niej­szej formy. Oczy­wi­ście w ka­te­go­riach mo­to­cy­klo­wych, a nie li­te­rac­kich. (śmiech)

 

W 2012 r. Zda­rzyły się dwie rze­czy: po­ja­wił się pierw­szy numer kwar­tal­ni­ka Swo­imi Dro­ga­mi, a pod ko­niec kwiet­nia (jeśli się nie mylę) uka­zał się zbiór opo­wia­dań Gawędy Mo­to­cy­klo­we. W tym miej­scu muszę po­wie­dzieć, że je­stem pod ogrom­nym wra­że­niem pracy wło­żo­nej w re­da­go­wa­nie i wy­da­wa­nie tego cza­so­pi­sma (osoby za­in­te­re­so­wa­ne od­sy­łam do do­stęp­ne­go ar­chi­wum z kom­ple­tem nu­me­rów – warto zaj­rzeć)! W jed­nym z wy­wia­dów po­wie­dzia­łeś, że gdy po­wstał po­mysł na po­wieść, nie czu­łeś się na si­łach prze­lać go na pa­pier. I że wiele dała ci praca przy kwar­tal­ni­ku. Fak­tycz­nie uwa­żasz, że wła­śnie tam­ten okres tak bar­dzo pchnął do przo­du Twój warsz­tat? I od razu py­ta­nie o Gawędy… Na ile się zo­rien­to­wa­łem, to był w za­sa­dzie sel­fpu­bli­shing. Za­ło­ży­li­ście, we dwóch, wy­daw­nic­two, które wy­da­ło tę jedną książ­kę i znik­nę­ło z obie­gu go­spo­dar­cze­go po pię­ciu mie­sią­cach. Jak wpa­dli­ście na po­mysł otwar­cia wy­daw­nic­twa? Wśród au­to­rów i au­to­rów in spe pa­nu­je opi­nia, że sel­fpu­bli­shing to samo zło, a nawet ZŁO. Zwy­kle cho­dzi o brak re­dak­cji i ko­rek­ty, brak re­kla­my, itd. A jak było u Was? I czy do­świad­cze­nia, które wów­czas zdo­by­łeś były po­moc­ne, gdy współ­pra­co­wa­łeś z SQN?

 

Po­mie­sza­łeś. (śmiech) Ga­wę­dy… były pierw­sze i rze­czy­wi­ście od stro­ny tech­nicz­nej można uznać je za selfa, ale me­cha­nizm był od­wrot­ny. Na­szym celem było za­ło­że­nie so­lid­ne­go wy­daw­nic­twa, które bę­dzie zaj­mo­wa­ło się pu­bli­ko­wa­niem ksią­żek mo­to­cy­klo­wych. Wie­rzy­li­śmy wtedy, że jest to nisza ryn­ko­wa, którą warto za­go­spo­da­ro­wać. Mie­li­śmy chęci, wie­dzę i do­świad­cze­nie z za­kre­su DTP, skrom­ne środ­ki fi­nan­so­we, wiarę, która prze­no­si­ła góry i tylko naj­waż­niej­sze­go nam za­bra­kło: świa­do­mo­ści re­aliów. (śmiech) W roku 2011 za­ło­ży­li­śmy ze wspól­ni­kiem (Krzysz­to­fem) wy­daw­nic­two i od­da­li­śmy do druku naszą dzie­wi­czą an­to­lo­gię, która de­biu­to­wa­ła w stycz­niu 2012. To miała być wy­jąt­ko­wa książ­ka, wy­ła­mu­ją­ca się z utar­tych sche­ma­tów. Książ­ki mo­to­cy­klo­we same w sobie są niszą, a my ce­lo­wa­li­śmy w jesz­cze węż­szy rynek. Ma­rzy­li­śmy o tym, by wy­da­wać tek­sty, które będą opo­wia­dać o mo­to­cy­kli­zmie bez blich­tru i za­dę­cia. Chcie­li­śmy prze­ciw­sta­wić się ko­mer­cja­li­za­cji pasji mo­to­cy­klo­wej i po­ka­zać, że nie ważne czym jeź­dzisz, ale ważne jak.

Do współ­pra­cy za­pro­si­li­śmy au­to­rów zwią­za­nych z czy­tel­nią mo­to­cy­klo­wą, którą wtedy pro­wa­dzi­łem. Byli wśród nich za­rów­no stu­pro­cen­to­wi ama­to­rzy, jak i osoby z pew­nym do­rob­kiem. Wy­bra­li­śmy tek­sty zróż­ni­co­wa­ne po­zio­mem i te­ma­ty­ką. Oczy­wi­ście wśród trzy­na­stu au­to­rów zna­la­zły się i nasze na­zwi­ska (moje i Krzysz­to­fa).

Po­zy­cja, o dziwo, zo­sta­ła przy­ję­ta do­brze i ze­bra­ła po­zy­tyw­ne re­cen­zję, lecz nie­ste­ty wkrót­ce po­ka­zał się nasz brak do­świad­cze­nia. Ogrom­ny i do końca nie­roz­wią­za­ny problem z dys­try­bu­cją, brak dłu­go­fa­lo­wej stra­te­gii, dłu­gie ter­mi­ny roz­li­czeń i prze­sza­co­wa­nie chłon­no­ści niszy, w którą ce­lo­wa­li­śmy, za­owo­co­wał za­mknię­ciem wy­daw­nic­twa po roku. Mimo to nie pod­da­li­śmy się i w za­mian po­wstał kwar­tal­nik Swo­imi Dro­ga­mi. Ze wzglę­du na pla­no­wa­ną ob­ję­tość i aby unik­nąć hor­ren­dal­nych kosz­tów, zde­cy­do­wa­li­śmy się na wer­sję elek­tro­nicz­ną. Do współ­pra­cy za­pro­si­li­śmy ko­lej­ne osoby i za­an­ga­żo­wa­li­śmy się całym ser­cem w ten pro­jekt. Przez ponad dwa lata życie pły­nę­ło w cyklu kwar­tal­nym. Każde z nas (człon­ków re­dak­cji) pi­sa­ło tek­sty, re­dak­tor na­czel­ny wy­bie­rał które tra­fią do nu­me­ru, moja żona ro­bi­ła ko­rek­tę, ja skła­da­łem wszyst­ko do kupy. Sta­łych au­to­rów mie­li­śmy kil­ku­na­stu, a prócz nich oka­zjo­nal­nie po­ja­wia­li się inni.

Te dwa lata dały mi gro do­świad­czeń, które stały się ka­ta­li­za­to­rem dla de­cy­zji o na­pi­sa­niu po­wie­ści. Tro­chę głu­pio mówię, ale mam na myśli kilka rze­czy. Na­uczy­łem się pod­staw pracy nad tek­stem, or­ga­ni­za­cji pracy i ela­stycz­no­ści, a przede wszyst­kim prze­sta­łem się tego wszyst­kie­go bać. Ostat­nią spra­wą była fru­stra­cja, gdy za­my­ka­li­śmy kwar­tal­nik. To był cięż­ki okres. Dziś, bez emo­cji mogę po­wie­dzieć, że po­rwa­li­śmy się z mo­ty­ką na słoń­ce, a rynek zwe­ry­fi­ko­wał naszą na­iw­ność. Wtedy jed­nak nie po­tra­fi­łem się po­go­dzić z tym, że zmar­no­wa­li­śmy tyle mie­się­cy cięż­kiej, i jak to kie­dyś po­wie­dział Krzysz­tof: ni­ko­mu nie­po­trzeb­nej pracy. Chcia­łem zro­bić coś, co po­zwo­li­ło by mi na wy­ko­rzy­sta­nie zdo­by­te­go do­świad­cze­nia. Chcia­łem w jakiś spo­sób udo­wod­nić sobie sa­me­mu, że ten czas nie po­szedł na marne. Te­ma­tów mo­to­cy­klo­wych mia­łem już dość, więc zde­cy­do­wa­łem się w końcu na­pi­sać po­wieść, która od lat tliła mi się mię­dzy usza­mi. (śmiech) Tak więc ten czas nie tyle pchnął do przo­du mój warsz­tat, co zde­ter­mi­no­wał do pod­ję­cia ko­lej­nej próby.

Czy te do­świad­cze­nia wpły­nę­ły na współ­pra­cę ze SQN-em? Oczy­wi­ście! Mając świa­do­mość jak cięż­kim ka­wał­kiem chle­ba jest praca wy­daw­ni­cza, sta­ra­łem się by nie mu­sie­li do­dat­ko­wo uże­rać się ze mną. (śmiech)

Co się zaś tyczy zła pły­ną­ce­go z sel­fów to nie ma reguł, choć skła­niam się ku zda­niu, że w kwe­stii de­biu­tu, jest to ślepa ulicz­ka i rzad­ko kiedy po­zwa­la na osią­gnię­cie za­mie­rzo­ne­go efek­tu. Praw­dzi­wym złem jest za to va­ni­ty press po­nie­waż bez­względ­nie że­ru­je na na­iw­no­ści i nie­wie­dzy au­to­rów. Nie ma zresz­tą co drą­żyć te­ma­tu, gdy ty­sią­ce osób o tym już pi­sa­ło. Z per­spek­ty­wy czasu, jako osoba ma­ją­ca do­świad­cze­nia, w swego ro­dza­ju sel­fpu­bie i współ­pra­cy z nor­mal­nym wy­daw­nic­twem, oce­niam, że tylko ta druga opcja ma sens. Po­mi­ja­jąc aspek­ty fi­nan­so­we, tech­nicz­ne i tak dalej, naj­istot­niej­sza jest moż­li­wość roz­wo­ju. Mie­siąc współ­pra­cy z za­wo­do­wym re­dak­to­rem na­uczył mnie wię­cej niż dwa lata sa­mo­dziel­ne­go pi­sa­nia. Dla­te­go każ­de­go będę za­chę­cał do ta­kiej wła­śnie formy wy­da­wa­nia.

 

Nie je­stem pe­wien ile osób w Pol­sce roz­róż­nia sel­fpu­bli­shing i va­ni­ty press. Zresz­tą u nas, jeśli już, to chyba głów­nie wy­stę­pu­je ta druga forma. A co do fi­na­łu Wa­sze­go kwar­tal­ni­ka, to przy­znam, że ogrom­ne wra­że­nie zro­bił na mnie Twój fe­lie­ton w ostat­nim nu­me­rze. Praw­dzi­we po­że­gna­nie. Po­le­cam wszyst­kim!

 

Tro­chę mnie za­sko­czy­łeś, ale bar­dzo mi miło z tego po­wo­du i dzię­ku­ję. To dla mnie dość szcze­gól­ny tekst bo koń­czy nie tylko moją pi­sa­ni­nę mo­to­cy­klo­wą, ale też za­my­ka pe­wien roz­dział przy­go­dy z jed­no­śla­da­mi. Wkrót­ce po jego pu­bli­ka­cji zre­zy­gno­wa­łem z jazdy mo­to­cy­kla­mi szo­so­wy­mi i sku­pi­łem się na tu­ry­stycz­nych wy­ciecz­kach z dala od as­fal­tu. Jest dla mnie ważny, ale dziś bym go z chę­cią prze­re­da­go­wał i po­pra­wił. (śmiech)

Wra­ca­jąc do sel­fów i va­ni­ty to nie­ko­niecz­nie jest tak, jak mó­wisz. Sel­fpu­bli­shing ma się cał­kiem nie­źle i cza­sem przy­bie­ra formę wartą uwagi. Spójrz na osią­gnię­cia Wła­dy­sła­wa Zda­no­wi­cza czy Je­rze­go Ro­stow­skie­go. Mam i z czy­stym su­mie­niem po­le­cam ich książ­ki. An­drzej Pi­li­piuk wy­da­je w ten spo­sób pu­bli­ka­cje, które są nie­zwy­kle cie­ka­we, lecz in­te­re­su­ją­ce dla wą­skie­go grona od­bior­ców. Przy­kła­dy można by mno­żyć. Z vanity nie po­le­cę nic. Ra­chu­nek praw­do­po­do­bień­stwa każe mi wie­rzyć oczy­wi­ście, że ist­nie­ją warte uwagi pu­bli­ka­cje, które zo­sta­ły w ten spo­sób wy­da­ne, ale sam ich nie znam, więc nie chcę się wy­po­wia­dać.

 

Cho­dzi­ło mi o to, że gdy pada po­ję­cie sel­fpub, to prze­waż­nie więk­szość myśli w isto­cie o va­ni­ty. Ale masz rację, po­zo­staw­my ten temat. Jak wyglądały próby na­wią­za­nia współ­pra­cy z wy­daw­nic­twa­mi? Wy­sy­ła­łeś przed KiS jakieś tek­sty? To chyba naj­po­pu­lar­niej­sza droga wśród osób ma­rzą­cych o de­biu­cie: krót­sze formy, próby po­ka­zy­wa­nia się w róż­nych za­kąt­kach sieci, próby pu­bli­ka­cji w e-zi­nach i po­dob­nych miej­scach, kon­kur­sy, coraz dłuż­sze formy, wresz­cie po­wieść, choć do tego miej­sca do­cie­ra nie­wie­lu. Jak bar­dzo Twoja ścież­ka od­bie­ga­ła od tego wzor­ca?

 

Na szczę­ście o tym wszyst­kim nie wie­dzia­łem. (śmiech) Chcia­łem na­pi­sać po­wieść, więc sia­dłem i za­czą­łem to robić. Mając dwa roz­dzia­ły po­sta­no­wi­łem spraw­dzić, czy da się je prze­czy­tać. Wtedy po raz pierw­szy za­lo­go­wa­łem się tu, na forum fan­ta­sty­ki i wrzu­ci­łem je na be­ta­li­stę. Kilka osób zaj­rza­ło i po­dzie­li­ło się swymi uwa­ga­mi, które były dla mnie bar­dzo po­moc­ne, a przede wszyst­kim dały od­po­wiedź na naj­waż­niej­sze py­ta­nie: Czy da się to prze­czy­tać bez rwa­nia wło­sów z głowy?

 

Przy oka­zji za­uwa­ży­łem, to o czym wspo­mnia­łeś, że lu­dzie sta­ra­ją się jak naj­wię­cej pisać, dzie­lić się swo­imi tek­sta­mi, wy­sy­łać gdzie się da. Że ist­nie­je cały świa­tek au­to­rów i au­to­rów in spe, któ­rzy wy­pra­co­wa­li już swoje sche­ma­ty za­cho­wań, prawa i za­sa­dy.

Gdy­bym od­krył to wszyst­ko dzie­sięć lat wcze­śniej, pew­nie wtedy po­szedł­bym taką samą drogą, ale teraz było już za późno. Co gor­sza, wi­zy­ta na kilku fo­rach pi­sar­skich po­dzia­ła­ła na mnie pa­ra­li­żu­ją­co i wpę­dzi­ła w twór­czą de­pre­sję. Bo co ja się wy­ry­wam, skoro tylu ludzi pisze o niebo le­piej ode mnie? Po co mi to?… I tak by się pew­nie cała hi­sto­ria skoń­czy­ła, gdy­bym nie pod­jął de­cy­zji o cał­ko­wi­tym od­cię­ciu się od wszel­kich te­ma­tycz­nych stron i for in­ter­ne­to­wych. Po ja­kimś cza­sie trau­ma mi­nę­ła i znów sia­dłem do kla­wia­tu­ry.

Cel mia­łem jasny: na­pi­sać tę cho­ler­ną książ­kę. Cho­ler­ną, bo po­mysł ko­ła­tał mi się w gło­wie masę lat i byłem nim już zmę­czo­ny. Na­to­miast kwe­stia, czy uda mi się ją wydać nie miała wtedy więk­sze­go zna­cze­nia. Oczy­wi­ście ży­wi­łem taką na­dzie­ję, jak chyba każdy, ale mia­łem rów­nież świa­do­mość, że bę­dzie to bar­dzo trud­ne o ile nie nie­moż­li­we. Ro­zu­mo­wa­łem tak: na­pi­szę naj­le­piej jak po­tra­fię i bę­dzie co ma być. Jeśli ktoś wyda, to super, a jeśli nie, to trud­no, ale przy­naj­mniej nie będę mu­siał pluć sobie w brodę, że nie spró­bo­wa­łem.

Go­to­wy tekst wzbo­ga­ci­łem o notkę au­tor­ską, krót­kie stresz­cze­nie i ro­ze­sła­łem do wy­bra­nych wy­daw­nictw.

Można więc po­wie­dzieć, że pod­sze­dłem do te­ma­tu tak, jak się po­win­no pod­cho­dzić do mi­ło­ści: bez roz­mie­nia­nia się na drob­ne. (śmiech)

 

Twoje tek­sty, które mia­łem oka­zje po­czy­tać, to zde­cy­do­wa­nie formy krót­kie. Nie masz w do­rob­ku formy po­śred­niej po­mię­dzy szor­ta­mi a po­wie­ścią?

 

Na dzień dzi­siej­szy mam jeden tekst o dłu­go­ści około 58 tyś. zna­ków, który pla­nu­ję kie­dyś pu­ścić w świat, ale trud­no mi po­wie­dzieć, czy po­wsta­ną na­stęp­ne, bo nie lubię krót­kich form. (śmiech) Tak na­praw­dę to opo­wia­da­nia, o któ­rych wspo­mi­nasz, a które zna­la­zły się w Ga­wę­dach…, miały być roz­dzia­ła­mi książ­ki i ukła­dać się w spój­ną ca­łość. Osta­tecz­nie zre­zy­gno­wa­łem z tego po­my­słu. Po­zo­sta­łe krót­kie formy, które wy­szły spod mojej ręki można po­li­czyć na jej pal­cach. Po­dzi­wiam ludzi, któ­rzy mają tak wspa­nia­le wy­ćwi­czo­ną wy­obraź­nię, by two­rzyć róż­no­rod­ne tek­sty. Moja za­cho­wu­je się jak ogrod­nik mi­ni­ma­li­sta: gdy za­sie­je zia­ren­ko dba, by wy­ro­sło jak naj­więk­sze, nie sa­dząc już nic in­ne­go.

 

Zde­cy­do­wałeś się na try­lo­gię, bo jak sam po­wie­dzia­łeś: po pierw­sze po­mysł roz­rósł się na tyle, że nie spo­sób było go wtło­czyć w krót­szą formę, a poza tym tylko w takim wy­pad­ku po­wsta­je praw­dzi­we fan­ta­sy. (śmiech) Nie mia­łeś jed­nak pro­ble­mu z roz­pla­no­wa­niem pracy? Nie przy­tła­czał Cię ogrom przed­się­wzię­cia? Jak bar­dzo, w cza­sie pi­sa­nia pierw­sze­go tomu, zmo­dy­fi­ko­wa­łeś po­my­sły na ciąg dal­szy? Bo, że mo­dy­fi­ko­wa­łeś to już zdra­dzi­łeś w jed­nym z wy­wia­dów. Po­dob­nie, jak to, że gdy pi­sa­łeś to nie czy­ta­łeś in­nych au­to­rów, bojąc się, na­zwij­my to, za­po­ży­czeń stylu. Wciąż tak jest? A na mar­gi­ne­sie: jak szyb­ko pi­szesz? Mie­wasz prze­sto­je?

 

Za­czy­na­jąc od końca: tak, pi­sząc nie czy­tu­ję nic, co mo­gło­by wpły­nąć na mój spo­sób two­rze­nia hi­sto­rii. Mam tu na myśli be­le­try­sty­kę, bo książ­ki hi­sto­rycz­ne i inne, które są po­moc­ne w re­se­ar­chu, czy­tam cały czas. Oczy­wi­ście zdaję sobie spra­wę, że to nie jest naj­szczę­śliw­sze, szcze­gól­nie, gdy jest się po­cząt­ku­ją­cym au­to­rem. Mógł­bym pod­pa­trzeć jak roz­wią­zać pro­ble­my, z któ­ry­mi się bo­ry­kam i uła­twić sobie w ten spo­sób pracę. Wolę jed­nak nie ry­zy­ko­wać w oba­wie, że nie za­pa­nu­ję potem nad wła­snym sty­lem (a ra­czej jego za­ląż­kiem). Jeśli kie­dyś uda mi się zbu­do­wać jakiś so­lid­ny fun­da­ment pi­sar­ski, wtedy z pew­no­ścią prze­sta­nę się ogra­ni­czać.

Co się tyczy ogro­mu pracy, to mia­łem tro­chę uła­twio­ne za­da­nie. Pod­wa­li­ny pod po­wieść stwo­rzy­łem kil­ka­na­ście lat temu. Pierw­sze próby ro­bi­łem około 1998 roku, a już wtedy dys­po­no­wa­łem pod­sta­wa­mi świa­ta w po­sta­ci map, czą­stek sło­wo­twór­czych, czy pan­te­onu bogów. Teraz wy­star­czy­ło to tylko od­po­wied­nio pod­krę­cić i do­sto­so­wać do po­my­słów, które po­ja­wi­ły się od tam­te­go czasu. Z sen­ty­men­tu zo­sta­wi­łem na przy­kład wszyst­kie nazwy geo­gra­ficz­ne i część imion, mimo iż dziś nie brzmią już tak faj­nie, jak brzmia­ły w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych. (śmiech) Oczy­wi­ście pier­wot­ną hi­sto­rię zmo­dy­fi­ko­wa­łem i roz­bu­do­wa­łem w takim stop­niu, że poza kil­ko­ma klu­czo­wy­mi za­ło­że­nia­mi, są to cał­kiem od­ręb­ne kon­cep­cje.

Naj­pierw skon­stru­owa­łem szkie­let fa­bu­lar­ny i wy­my­śli­łem kilka istot­nych mo­men­tów, a resz­ta po­my­słów po­ja­wia­ła się już w trak­cie pracy. Żyłem tym od rana do wie­czo­ra po­świę­ca­jąc każdą wolną chwi­lę na to, by ukła­dać sobie w gło­wie ko­lej­ne sceny, ana­li­zo­wać je, zmie­niać, po­pra­wiać. Do ostat­nie­go mo­men­tu był to żywy or­ga­nizm. Dość po­wie­dzieć, że dwa roz­dzia­ły do­pi­sa­łem już w trak­cie prac z re­dak­tor­ką, bo do­pie­ro wtedy zdo­by­łem się na od­wa­gę. Wcze­śniej byłem prze­ko­na­ny, że nie dam rady ich udźwi­gnąć.

Nie­ste­ty piszę po­wo­li. Mimo, iż sta­ram się sia­dać do pracy co­dzien­nie, to mie­wam kil­ku­dnio­we prze­sto­je. Cza­sem ab­sor­bu­ją mnie inne za­ję­cia, je­stem zbyt zmę­czo­ny, a cza­sem po pro­stu mi się nie chce. Zda­rza się, że na­pi­szę w wie­czór dwie stro­ny, kiedy in­dziej jedno zda­nie. Bar­dzo po­dzi­wiam i tro­chę za­zdrosz­czę lu­dziom, któ­rzy są w sta­nie pisać po kil­ka­na­ście czy kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy zna­ków na dobę. Był­bym szczę­śli­wy umie­jąc pra­co­wać w takim tem­pie.

To musi być try­lo­gia i nie ma innej opcji. Skoro ubz­du­ra­łem sobie, że na­pi­szę kla­sycz­ną fan­ta­sy to zgrze­szył­bym wy­ła­mu­jąc się z kon­wen­cji. (śmiech)

 

Gdy kreu­jesz świat po­wie­ści, to ro­bisz to tylko w takim stop­niu po­trzeb­nym by przed­sta­wić fa­bu­łę, czy znacz­nie sze­rzej i szcze­gó­ło­wiej, a czy­tel­nik po­zna­je tylko wy­ci­nek?

 

Po­wiedz­my, że w Krwi i Stali, przed­sta­wiam wy­ry­wek tego, co mam w gło­wie i no­tat­kach. To oczy­wi­ście efekt za­mie­rzo­ny. Chcia­łem aby Czy­tel­nik po­zna­wał świat ocza­mi bo­ha­te­rów. Razem z nimi od­kry­wał nowe kra­iny, we­ry­fi­ko­wał wie­dzę prze­ka­zy­wa­ną z ust do ust, czy tę za­pi­sa­ną w księ­gach.

Uzna­łem, że taki spo­sób przed­sta­wia­nia rze­czy­wi­sto­ści jest cie­kaw­szy i daje więk­sze pole do ma­new­ru. Prze­cież w daw­nych cza­sach lu­dzie znali to, co sami zo­ba­czy­li, a o resz­cie mieli ra­czej mgli­ste po­ję­cie, bo rze­tel­ność in­for­ma­cji była od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­na do fan­ta­zji osoby, która jej udzie­la­ła. Nie wspo­mi­na­jąc już zu­peł­nie o kar­to­gra­fii, która po­tra­fi­ła być cza­sem nie­zwy­kle kre­atyw­na. Sta­ra­łem się to od­wzo­ro­wać, choć oczy­wi­ście ro­zu­miem, że nie każ­de­mu taki za­bieg może przy­paść do gustu. Dla mnie jest to jed­nak istot­ny ele­ment re­ali­zmu i świet­ne na­rzę­dzie do za­ba­wy. Na przy­kład spójrz na mapę, która znaj­du­je się na po­cząt­ku tomu. Bar­dzo do­cie­kli­wy czy­tel­nik jest w sta­nie za­uwa­żyć drob­ne prze­kła­ma­nie. Otóż roz­bież­ność w cza­sie po­dró­ży przez Mar­twi­cę, a drogą w gra­ni­cach kró­le­stwa może do­pro­wa­dzić do słusz­ne­go wnio­sku, że kar­to­graf nieco za­ni­żył wiel­kość Mar­twej Ziemi. Oczy­wi­ście bio­rąc pod uwagę moż­li­wo­ści, ja­ki­mi dys­po­no­wał, oraz ogra­ni­cze­nia z ja­ki­mi mu­siał się zmie­rzyć, uznać na­le­ży, że i tak wy­ko­nał kawał do­brej ro­bo­ty. To na­tu­ral­nie tylko taki niu­ans, bez wpły­wu na los bo­ha­te­rów, taka wi­sien­ka na tor­cie hi­sto­rii, któ­rej mo­gło­by w sumie nie być, ale przed którą po pro­stu nie mo­głem się po­wstrzy­mać (śmiech).

 

Za­gad­nie­niem, które mnie nie­zwy­kle in­te­re­su­je, jest magia w świe­cie przed­sta­wio­nym. Jakie jest Twoje po­dej­ście do tego? Jak bro­nisz się przed pój­ściem na ła­twi­znę – wszak magia, po­ten­cjal­nie może roz­wią­zać wszyst­kie pro­ble­my?

 

Ow­szem, ale nie za darmo. (śmiech) Magia jest jedną z form ener­gii i pod­le­ga do­kład­nie takim samym pra­wom jak wszyst­kie po­zo­sta­łe. To kon­se­kwen­cja lo­gi­ki i fi­zycz­no­ści ca­łe­go świa­ta. Ener­gia nie może się zwięk­szyć albo zmniej­szyć, nie może po­wstać z ni­cze­go ani prze­stać ist­nieć. Ilość ener­gii jest stała i je­dy­ne co może zro­bić, to zmie­nić swoją po­stać. To wła­śnie czy­nią osoby lub isto­ty, które umie­ją się nią po­słu­gi­wać. Zmie­nia­ją jeden ro­dzaj ener­gii w drugi, przy czym za­wsze jest to zmia­na w jedną stro­nę. Jak łatwo za­uwa­żyć siła da­ne­go czaru jest za­leż­na od źró­dła, z któ­re­go zo­sta­ła po­bra­na ener­gia. Do­dat­ko­wo warto pa­mię­tać, że taka wy­mu­szo­na zmia­na ma war­tość ujem­ną, po­nie­waż ener­gia zo­sta­je nie­ja­ko roz­dzie­lo­na i jej część wy­ko­rzy­sty­wa­na jest do ak­ce­le­ra­cji sa­me­go pro­ce­su. Im więc po­tęż­niej­szy czar, tym trud­niej nad nim za­pa­no­wać, a w do­dat­ku wy­ma­ga o wiele wię­cej ener­gii, niż sam bę­dzie za­wie­rał. Czę­ściej więc wię­cej tra­cisz niż zy­sku­jesz, a to wy­mu­sza roz­wa­gę. Wię­cej nie zdra­dzę. (śmiech)

 

De­biu­tujący au­to­rzy czę­sto boją się czoł­ga­nia przez re­dak­to­ra. A jak było u Cie­bie? Re­dak­cja przy­nio­sła ja­kieś głęb­sze zmia­ny? Jak w ogóle znaj­du­jesz ten etap pracy?

 

Jak już wspo­mnia­łem, mie­siąc pracy z za­wo­do­wą re­dak­tor­ką dał mi wię­cej niż dwa lata sa­mo­dziel­ne­go wy­wa­ża­nia otwar­tych drzwi. (śmiech) Oczy­wi­ście moje do­świad­cze­nie w tym za­kre­sie uzna­ję za bli­skie zeru i zdaję sobie spra­wę z tego, że taka współ­pra­ca może się bar­dzo róż­nie ukła­dać. W żad­nym razie nie chciał­bym od­no­sić tego jed­nost­ko­we­go przy­pad­ku do ca­ło­ści zja­wi­ska. Lu­dzie są różni i taka współ­pra­ca może być bar­dzo od­mien­nie po­strze­ga­na oraz przy­no­sić różne efek­ty. Mimo to wy­cho­dzę z za­ło­że­nia, czy­sto teo­re­tycz­ne­go, że re­dak­tor jest naj­więk­szym przy­ja­cie­lem au­to­ra i jego uwagi są bez­cen­ne. Re­dak­tor to pro­fe­sjo­na­li­sta, któ­re­go spoj­rze­nie na tekst po­zba­wio­ne jest pier­wiast­ka oso­bi­ste­go, a celem nad­rzęd­nym jest po­lep­sze­nie ja­ko­ści i zwięk­sze­nie war­to­ści skryp­tu. W naj­le­piej po­ję­tym in­te­re­sie każ­de­go au­to­ra po­win­no leżeć to, by z re­dak­to­rem współ­pra­co­wać i ana­li­zo­wać wszyst­kie jego pro­po­zy­cje. Oczy­wi­ście w ta­kiej pracy nie­zbęd­ny jest wy­czu­cie i chęć dą­że­nia do kom­pro­mi­su, czyli dobra wola obu stron. Jeśli ktoś uzna­je re­dak­to­ra za wroga to coś jest nie tak i warto to jak naj­szyb­ciej zmie­nić. Oczy­wi­ście po­wyż­sze słowa nie do­ty­czą sy­tu­acji pa­to­lo­gicz­nej, w któ­rej re­dak­to­rem jest ktoś, kto słowo pro­fe­sjo­na­li­sta zna tylko ze sły­sze­nia.

W moim wy­pad­ku praca re­dak­cyj­na prze­bie­ga­ła w bar­dzo miłej i sym­pa­tycz­nej at­mos­fe­rze. Obe­szło się bez głęb­szych zmian, choć z dłu­ży­zna­mi, do któ­rych mam skłon­ność, trze­ba było po­wal­czyć (śmiech). Pod okiem re­dak­tor­ki udało mi się też do­pi­sać dwa roz­dzia­ły i roz­wi­nąć kilka wąt­ków. Ge­ne­ral­nie uzna­ję, że to był naj­przy­jem­niej­szy i naj­bar­dziej owoc­ny czas w pracy nad książ­ką.

 

Z Two­ich wy­po­wie­dzi wiem, że ocze­ki­wa­nie na to, jak KiS zo­sta­nie przyjęty kosz­to­wa­ło Cię tro­chę ner­wów. A jak w ogóle od­naj­du­jesz się w środ­ku ma­chi­ny pro­mo­cyj­nej? Jakiś czas temu mia­łem oka­zję roz­ma­wiać z au­to­rem, który jest na eta­pie prac re­dak­cyj­nych nad de­biu­tem i już jest prze­ję­ty per­spek­ty­wą spo­tkań au­tor­skich. A Ty masz ja­kieś oso­bi­ste de­mo­ny?

 

Nie od­naj­du­ję się w ogóle. (śmiech) Przed pre­mie­rą mar­twi­łem się o to, jak książ­ka zo­sta­nie ode­bra­na, błę­da­mi jakie w niej zro­bi­łem i tym, czy jest sens pisać dalej. Teraz cier­pię na ze­spół po­de­biu­to­wy co można opi­sać jako: stres, prze­ra­że­nie, de­pre­sja i brak wiary w to, że uda się po­pra­wić warsz­tat. Taki wy­daw­ni­czy shell shock. Wal­czę z nim jed­nak i mam na­dzie­ję, że wkrót­ce uda mi się jakoś to wszyst­ko po­ukła­dać w gło­wie i wró­cić do rów­no­wa­gi.

O spo­tka­niach au­tor­skich nie ma na razie mowy, co uzgod­ni­łem z wy­daw­cą jesz­cze przed tym, jak książ­ka po­ja­wi­ła się na rynku. Sama idea ta­kie­go spo­tka­nia opie­ra się prze­cież na tym, że czy­tel­nik chce spo­tkać au­to­ra, któ­re­go zna i któ­re­go książ­ki mu się po­do­ba­ją. Może za kilka lat, jeśli za­ist­nie­ję na rynku, takie spo­tka­nie bę­dzie za­sad­ne, ale teraz by­ło­by to prze­ro­stem formy nad tre­ścią.

Oczy­wi­ście zdaję sobie spra­wę, że nie mogę się od­ciąć od wszyst­kie­go i, przy­naj­mniej w teo­rii, po­wi­nie­nem sta­rać się by po­zna­wać ten świat, do któ­re­go za­pu­ka­łem. Sta­rać się zro­zu­mieć me­cha­ni­zmy, jakie nim rzą­dzą oraz po­stę­po­wać wedle zasad, jakie w nim funk­cjo­nu­ją. Ro­zu­miem, że w moim in­te­re­sie leży to, by mieć kon­takt z czy­tel­ni­ka­mi i dać im się po­znać. Prze­ja­wem tego, jest zresz­tą nasza roz­mo­wa. Nie­mniej, w chwi­li obec­nej, ak­tyw­ność na takim polu kosz­tu­je mnie wiele ner­wów. Czuję się jak par­we­niusz nawet wtedy, gdy ktoś prosi mnie o au­to­graf.

Po­dzi­wiam ludzi, któ­rzy po de­biu­cie łapią wiatr w żagle i od­naj­du­ją się w no­wych re­aliach. Dla mnie to chaos od któ­re­go in­stynk­tow­nie sta­ram się uciec. Po pro­stu naj­szczę­śliw­szy był­bym, mogąc od­ciąć się od wszyst­kie­go, uda­wać, że to nie ja i w spo­ko­ju pisać sobie dalej. (śmiech)

 

Pi­sa­nie, dla Cie­bie to hobby, sposób na życie czy spo­sób na za­ra­bia­nie pie­nię­dzy? Do­pusz­czal­ne jest wy­bra­nie wię­cej niż jed­nej opcji (śmiech).

 

To re­ali­zo­wa­nie jed­ne­go z naj­waż­niej­szych ma­rzeń. Krok ku speł­nie­niu, by ko­piąc w ka­len­darz nie mieć wy­rzu­tów su­mie­nia, że nie zro­bi­ło się tego, co się chcia­ło. Jako dziec­ko ma­rzy­łem, by być praw­dzi­wym pi­sa­rzem, czyli takim, który utrzy­mu­je się ze swo­ich ksią­żek. Dziś widzę, że nie jest to dla mnie osią­gal­ne, ale też nie jest po­trzeb­ne. W zu­peł­no­ści za­do­wo­lę się pi­sa­niem hob­by­stycz­nym.

 

Wia­do­mo, że pra­cu­jesz nad ko­lej­ny­mi to­ma­mi try­lo­gii, ale w jed­nym z wy­wia­dów zdra­dzi­łeś, że przy­mie­rzasz się rów­nież do in­ne­go pro­jek­tu. Zdra­dzisz coś wię­cej?

 

Je­stem w trak­cie pi­sa­nia dość nie­ty­po­wej książ­ki ku­char­skiej. Po­mysł na­ro­dził się przy­pad­kiem, ale zbyt wcze­śnie by zdra­dzać szcze­gó­ły. Nie mam po­ję­cia, czy uda mi się zna­leźć dla niej wy­daw­cę. W naj­gor­szym wy­pad­ku bę­dzie ko­lej­nym ma­te­ria­łem, który po la­tach trafi do szu­fla­dy ni­co­ści. (śmiech)

 

Ser­decz­nie dzię­ku­ję za po­świę­co­ny czas i fan­ta­stycz­ną roz­mo­wę!

 

Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie. Dzię­ku­ję.

 

Wywiad przeprowadził Krzysztof Piasek

http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842691

Published inudzielone wywiady